Orlen Warsaw Marathon 2017 – relacja z zawodów

Orlen Warsaw Marathon był moim docelowym biegiem w zimowym cyklu treningowym. Po dwudziestu ośmiu tygodniach przygotowań byłem dość pewny, że to będzie dobry bieg i że osiągnę zamierzony cel, okazało się jednak, że wyszło inaczej. Jak zwykle, maraton potrafi z łatwością wyeksponować każde niedociągnięcie, czy błąd w przygotowaniu każdego biegacza, niezależnie od jego doświadczenia i poziomu. U mnie wyglądało to następująco:

W moim poście o dwóch ostatnich tygodniach przygotowań opisałem co robiłem przed maratonem w zakresie treningu biegowego, ale żeby dopełnić obraz muszę wspomnieć o kilku kwestiach, które miały miejsce w tygodniu poprzedzającym Orlen Warsaw Maraton. Ostatni tydzień przed maratonem był dla mnie mocno stresujący zawodowo. Dużo się działo, a dwa ostatnie dni przed weekendem spędziłem głównie w Sejmie na komisjach, pracując nad projektami ustaw, które prowadzę w moim ministerstwie. Miało to dla mnie dwojakie konsekwencje: po pierwsze, zaburzyło to mój plan ładowania węglowodanami, a po drugie, zwiększyło mój wydatek energetyczny. Wydawało mi się, że się prześlizgnę jedząc więcej wieczorem i przyjmując więcej węglowodanów podczas biegu. Nigdy wcześniej nie miałem problemów żołądkowych podczas wyścigów, więc nie przywiązywałem do tego dużej uwagi.

Pakiet startowy odebrałem w piątek wieczorem, więc sobotę miałem wolną i skupiałem się jedynie na odpoczywaniu, jedzeniu i obijaniu się.

Miasteczko biegaczy było umiejscowione na dużym parkingu przy Stadionie Narodowym. Wszystko wyglądało jak zwykle dobrze – organizacja miasteczka biegaczy zawsze była mocnym punktem Orlen Warsaw Marathonu.

W sobotę odhaczyłem moją listę i przygotowałem wszystkie rzeczy na zawody, abym nie musiał się niczym martwić w niedzielę rano. Tym razem nie robiłem własnego żelu, ale miałem zamiar wziąć ze sobą siedem żeli High5, które testowałem podczas moich długich wybiegań. Te żele miały o 20% więcej węglowodanów na porcję niż mój domowy żel, ale nie sądziłem, że to będzie problemem, gdyż nadal miałem zamiar pić wystarczająco dużo wody, żeby rozwodnić żele do ok. 8-10% węglowodanów.

Jak zwykle w noc przed zawodami nie mogłem zasnąć, więc leżałem po postu w łóżku i próbowałem odpoczywać. Przespałem osiem godzin poprzedniej nocy więc byłem na to przygotowany. Obudziłem się wcześnie, tuż przed szóstą i zjadłem moje przedstartowe śniadanie – biała kawa i dwie bułki z dżemem i miodem. Spakowałem swoje rzeczy, przygotowałem przedstartowy izotonik i regeneracyjny napój węglowodanowo białkowy i wyszedłem z domu złapać autobus. Po kilku minutach byłem na stacji metra. Mimo tego, że byłem w innej dzielnicy, wielu biegaczy szło już w kierunku Stadionu Narodowego. Atmosfera była elektryzująca i nie mogłem doczekać się startu.

Gdy dotarłem wreszcie do miasteczka biegaczy miałem godzinę do startu. Obszedłem wszystko dookoła i udałem się w kierunku toalet. Następnie poszedłem do przebieralni i powoli założyłem strój startowy. Było dość zimno, tylko kilka stopni powyżej zera, więc zostałem w środku, aż zostało dwadzieścia pięć minut do startu. Gdy wyszedłem i zacząłem powoli przesuwać się w kierunku stref startowych zaczął padać śnieg. Byłem naprawdę szczęśliwy, że założyłem na siebie folię. Po drodze na start poszedłem jeszcze raz do toalety i ustawiłem się wreszcie w strefie startowej kilka metrów za grupą biegnącą na trzy godziny.

Do tego momentu byłem w stu procentach zadowolony z organizacji imprezy, jednak protokół startowy mnie zawiódł. Nie było porządnego odliczania, nikt nie strzelał na start, nie było żadnej piosenki ani niczego. Prowadzący sprawiał wrażenie, że sam nie wiedział kiedy będzie start i próbował budować atmosferę, ale wychodziło mu to dość żałośnie – to był zdecydowanie najgorszy start ze wszystkich dużych zawodów, w których brałem udział. Na szczęście nie wstałem tego dnia z łóżka, żeby śpiewać, czy wznosić okrzyki, ale żeby biec, więc jak tylko ogłoszono start, skupiłem się tylko na biegu.

Podczas wyścigów zakładam własne opaski z międzyczasami. Na zawodach preferuję delikatnie przyspieszające tempo, ale biorę zawsze pod uwagę profil danej trasy. Jeżeli kolejne kilometry mają być biegane w tym samym tempie, to na opasce opuszczam co drugi kilometr, żeby ją skrócić.

To jest dla mnie najlepszy sposób na utrzymywanie dobrego tempa, gdyż urządzenia GPS zwykle mylą się  kilka sekund, a żaden biegacz nie biegnie po idealnej (najkrótszej) linii, więc rzeczywiście przebiegnięty dystans jest w większości przypadków większy niż dystans oficjalny. Z tego powodu należy zawsze sprawdzać aktualny czas z zegarka z oficjalnymi znacznikami kilometrów oraz opaską z międzyczasami.

Tak, czy inaczej, podczas pierwszego kilometra było dość tłoczno, gdy szybsi biegacze parli do przodu, a wolniejsi byli mijani. Mój pierwszy kilometr był przebiegnięty w 4:34, więc był prawie idealny. Podczas kolejnych kilometrów tłum się zmniejszył i mijanie innych biegaczy stało się wolniejsze.  To jest zawsze przyjemna część biegu, gdy biegnie się pośród innych biegaczy w podobnym tempie i wszyscy są jeszcze szczęśliwi i pełni energii. Na czwartym kilometrze okazało się, że oficjalny profil trasy nie był zbyt  dokładny i pierwszy podbieg okazał się być głównie na czwartym, a nie na piątym kilometrze. Jak się później okazało, większość punktów na profilu trasy było przesunięte o około kilometr – zastanawiam się po co było pokazywać oficjalnie profil trasy, który został tak słabo przygotowany…

Gdy wbiegłem na górę na czwartym i piątym kilometrze byłem trochę zaskoczony stacją nawadniania. Po pierwsze nie była poprzedzona żadnym znakiem, a po drugie, była tak krótka, że zdołałem złapać tylko jeden kubek z wodą… To był dla mnie zasadniczy problem, gdyż nie chciałem zatrzymywać się na stacjach, ale chciałem pić po dwa kubki wody na każdej stacji… Później okazało się, że wszystkie stacje były nieoznaczone i bardzo krótkie. Stacje nawadniania były zdecydowania najgorszym punktem organizacji tej imprezy: nieoznaczone, umiejscowione w nierównych odległościach, krótkie i w większości po lewej stronie trasy… Nie wiem o czym myśleli organizatorzy, gdy je przygotowywali, ale jedno jest pewne – nie myśleli o biegaczach.

W okolicach piątego kilometra czułem się naprawdę dobrze. Miałem dobry nastój, świeże nogi, tempo odrobinę szybsze niż zakładane i byłem przekonany, że wszystko pójdzie dobrze. Moje średnie tempo z tych pięciu kilometrów wyniosło 4:31/km, a moje średnie tętno było na poziomie 145 (77,5% hrmax)

Następne pięć kilometrów było bardziej równe, jeśli chodzi o tempo. Ustabilizowałem wszystko i leciałem lekko do przodu. Nadal czułem się dobrze i świetnie się bawiłem. Moje średnie tempo z kilometrów 6-10 wyniosło 4:28/km a średnie tętno: 161 (80,5% hrmax).

Kilometry 11-15 prowadzące przez Mokotów były dość wietrzne, więc starałem się biec w grupie i oszczędzać jak najwięcej energii. Tempo nadal było komfortowe, ale byłem już bardziej skupiony na swoim biegu, a nie na tym co działo się dookoła mnie. Moje średnie tempo z tych pięciu kilometrów wynosiło 4:26/km a moje średnie tętno: 162 (81% hrmax).

Podczas kilometrów 16-20 powoli zaczynałem odczuwać bieg w nogach. Nadal nie męczyłem się w założonym tempie, ale powoli stawało się ono coraz trudniejsze. Zacząłem też odczuwać pragnienie. Na czterech kolejnych stacjach nawadniania nie mogłem pić tyle ile chciałem. Teraz myślę, że decyzja o tym, żeby biec bez zwalniania, albo nawet zatrzymywania się na stacjach nawadniania była błędem. To był prawdopodobnie gwóźdź do trumny dla mnie w tym biegu. Moje średnie tempo z tych pięciu kilometrów wyniosło 4:30/km, a średnie tętno: 164 (82% hrmax).

Kilometry 21-25 były początkiem końca moich marzeń o realizacji planów i nowej świetnej życiówce. Wszystko było OK do znacznika półmaratonu. Mój oficjalny czas na „połówce” wynosił 1:35:15, więc byłem dokładnie tam gdzie chciałem, żeby dotrzeć na metę na czas.

Wszystko zaczęło się psuć podczas zbiegu na dwudziestym drugim kilometrze. Planowałem przebiec ten zbieg jakieś piętnaście sekund na kilometr szybciej niż moje średnie tempo, a po zbiegu chciałem przyspieszyć troszeczkę do nowego tempa na poziomie 4:27/km. Niestety podczas zbiegu miałem problem z rozluźnieniem się i swobodnym biegiem – byłem cały spięty. Tuż po zbiegu odczuwałem duże zmęczenie mięśniowe i trudno mi się biegło. Nie mogłem przyspieszyć do zakładanego tempa 4:27/km i zamiast biec szybciej zacząłem powoli zwalniać. Czułem, że moja temperatura wzrosła i miałem kłopot ze złapaniem powietrza – i to by było na tyle. Średnie tempo z tych kilometrów wyniosło 4:36/km, a średnie tętno: 165 (82,5% hrmax).

Następne pięć kilometrów były dla mnie prawdziwą męczarnią. Na ul. Przyczółkowskiej strasznie wiało. Było paskudnie zimno i ludzie z ledwością poruszali się do przodu. Ja zwalniałem – czułem się coraz gorzej. Zacząłem dostawać skurczów w okolicach bioder. Moja kadencja spadła z 180/178 do 174 kroków na minutę, a mój krok stawał się coraz krótszy. Odczuwałem ogólny ból i na dwudziestym siódmym kilometrze zatrzymałem się po raz pierwszy w tym biegu. Rozciągnąłem biodra oraz tylną stronę nóg i wróciłem na trasę. Czułem się lepiej i myślałem, że po kilku wolniejszych kilometrach przyspieszę jak tylko ucieknę z wietrznej części trasy. Moje średnie tempo z tego odcinka wyniosło 4:55/km, a moje średnie tętno: 152 (76% hrmax).

Kilometry 31-35 nie były już tak wietrzne, więc wziąłem kolejny żel i przyspieszyłem. Biegłem tak przez kilka minut i właśnie wtedy zaczęły się skurcze żołądka. Czułem mdłości i musiałem się zatrzymać. Mój żołądek był jak wielki supeł i wiedziałem już, że bieg się praktycznie dla mnie zakończył. Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie przytrafiło, więc byłem wściekły i zirytowany, że stało się to właśnie podczas maratonu, ale zdaje się, że wiele rzeczy prowadziło właśnie do tego punktu. Nie zrobiłem dobrego ładowania węglowodanami przed biegiem, zjadłem zbyt dużo węglowodanów podczas biegu i do tego nie piłem tyle wody co zwykle… jak doda się do tego równania mocne tempo i długi bieg to otrzymuje się właśnie taką reakcję. Tak czy inaczej, resztę biegu częściowo truchtałem, a częściowo maszerowałem. Chciałem dotrzeć do mety, bo ukończyłem wszystkie poprzednie cztery edycje tego biegu, ale nie byłem już zainteresowany czasem. Chciałem jedynie przekroczyć linię mety i wrócić do domu.

Tempo tych pięciu kilometrów wyniosło 5:44/km, kilometry 36-40 pokonałem w średnim tempie 6:13/km, a ostatnie dwa kilometry pokonałem w średnim tempie 6:48/km. Bieg zakończyłem w czasie 3:33:52, co oznaczało, że straciłem prawie dwadzieścia pięć minut z mojego zakładanego czasu podczas ostatnich dwudziestu kilometrów – katastrofa. Z drugiej strony to mimo wszystko jest mój trzeci najlepszy czas w biegu maratońskim, jednak tym razem byłem przygotowany na znacznie szybszy bieg niż ten.

Teraz odpoczywam i regeneruję się – to oznacza przynajmniej dwa tygodnie bez żadnego biegania. Pracuję trochę fizycznie, trochę pływam, robię lekkie treningi siłowe i jeżdżę na rowerze… no i oczywiście dużo myślę o tym, co się stało i dlaczego nie zareagowałem na tyle szybko, żeby zapobiec nadchodzącej katastrofie. Zdaje się, że następnym razem będę mądrzejszy – przynajmniej mam taką nadzieję. Teraz zdaję sobie sprawę, że muszę przykładać większą uwagę do ładowania węglowodanów i, że mój żołądek ma swoje ograniczenia w zakresie przyjmowania żeli i proporcji węglowodanów do wody.

Nie podjąłem jeszcze decyzji, czy będę biegł jesienny maraton, ale na pewno będę gotowy na przyszłoroczną edycję Orlen Maratonu. Lato mam zamiar spędzić na pracy nad szybkością na krótszych dystansach i może będę gotowy, żeby zaatakować trzy godziny w maratonie w przyszłym roku. To byłby dobry sposób na świętowanie jubileuszowego dziesiątego maratonu 🙂

Do zobaczenia na biegowych ścieżkach!

Dodaj komentarz