12. PZU Półmaraton Warszawski – relacja z zawodów

Półmaraton Warszawski miał być dla mnie wyznacznikiem tempa na zbliżający się start docelowy – Orlen Warsaw Marathon. Tego typu starty są trudne z dwóch powodów, z jednej strony nie biegnie się ich na pełnym wypoczynku, bo w końcu to nie start docelowy, ale jednak chce się pobiec jak najmocniej, żeby dobrze wyznaczyć tempo na zawody docelowe. Mi od dwóch lat nie udało się dobrze pobiec półmaratonu – albo pogoda nie dopisywała, albo forma, albo zdrowie, albo przerost chęci… krótko mówiąc trochę się bałem tego biegu i do końca nie wiedziałem jak go pobiec. W tygodniu poprzedzającym Półmaraton Warszawski przebiegłem jeden trening w zakładanym tempie półmaratonu (4:16/km) i w zasadzie nie miałem z tym tempem większego problemu, więc postanowiłem pobiec na złamanie 1:30:00. Taki wynik oznaczałby dla mnie poprawienie życiówki o prawie trzy minuty i prognozę na ok. 3:10:00 na maraton…

Półmaraton Warszawski jest rozgrywany zawsze w ostatni weekend marca, co oznacza zmianę czasu z zimowego na letni w nocy przed zawodami, a to z kolei oznacza zawsze pewną dodatkową nerwowość, czy budzik zadzwoni o właściwej godzinie – na szczęście tym razem wszystko zadziałało tak jak powinno, a Rock radio z rana wprawiło mnie bezbłędnie w dobry nastrój. 🙂

Jak zwykle w dzień zawodów starałem się nie odchodzić od ustalonej rutyny:

Śniadanie przedstartowe – najpierw trochę wody, potem dwie bułki z dżemem wiśniowym i morelowym oraz kawa z mlekiem.

Spakowałem wcześniej przygotowane rzeczy, pomarudziłem trochę przy ostatecznym wyborze stroju startowego i wyszedłem (a właściwie wyszliśmy, bo tym razem moja żona podrzuciła mnie na start).

Wiedziałem, że tego dnia miało być zimno, ale rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. Jak wysiadłem z samochodu, nagle zrobiło się ciemno – z jednej strony jeszcze świeciło słońce, a z drugiej naszły ciemne ciężkie chmury. „Na szczęście” wiatr był na tyle mocny, że nie padało, ale za to odczuwalna temperatura była znacznie poniżej tych rzeczywistych kilku stopni powyżej zera.

Na miejscu zawodów byłem ok. godzinę przed startem, obszedłem wszystko spokojnie, żeby zorientować się co gdzie jest, trochę uspokoić i wyciszyć.

Następnie poszedłem do szatni i tam spokojnie zacząłem się przebierać. Marudziłem, aż do startu zostało ok. 30 minut, oddałem rzeczy do depozytu, zaliczyłem toaletę i zacząłem rozgrzewkę. Do tego miejsca wszystko było normalnie, ale przy rozgrzewce tak mnie przewiało (pomimo foliowego worka, w którym się prawie cały schowałem), że zacząłem wątpić w dobry dobór stroju startowego. Na szczęście obok strefy startowej był duży namiot, w którym można było pobiegać na bieżni lub pojeździć na rowerkach stacjonarnych w ramach akcji zbierania środków na pomoc dzieciom. Z dużą przyjemnością połączyłem przyjemne z pożytecznym i zrobiłem ostatnie dziesięć minut rozgrzewki na bieżni, schowany przed wiatrem w namiocie.

Do startu zostało jakieś pięć minut, więc przeniosłem się do strefy startowej. Pamiętając, że zwykle grupa na 1:30.00 jest dość liczna, co sprawia problemy przy strefach nawadniania, postanowiłem ustawić się przed nimi i starać się utrzymywać delikatny dystans, żeby nie wpadać w tłum. Tuż przed startem spotkałem kolegę Jacka, z którym biegamy razem Parkruny Żoliborz. Chwilę pogadaliśmy i wróciliśmy na swoje miejsca – on miał biec trochę szybciej, więc poszedł bardziej do przodu.

Na minutę przed startem z głośników rozbrzmiał Sen o Warszawie – to jest zawsze dla mnie przejmujący moment, bo przypominam sobie mój pierwszy Półmaraton Warszawski w 2010 roku i wrażenie jakie na mnie zrobiło wspólne odśpiewanie Snu  o Warszawie w towarzystwie kilku tysięcy biegaczy. Może dla niektórych to nie ma znaczenia, ale ja tutaj się urodziłem i Warszawa to moje miasto, więc jak zwykle darłem się ile sił w gardle razem z ludźmi dookoła mnie i czułem jak wszystko inne poza tym biegiem przestaje być w tamtej chwili ważne – byłem gotowy.

Start z pierwszej strefy ma ten plus, że biegnie się wśród pierwszego tysiąca biegaczy i nie trzeba się zbytnio martwić o tłum, chociaż na pierwszych kilometrach i tak było miejscami trochę ciasno.

Tempo pierwszego kilometra na moim Garminie było w punkt – 4:16/km, ale znacznik kilometra był o dziesięć sekund później, co jak się potem okazało było spowodowane tym, że odpaliłem trochę za szybko zegarek, bo pomyliłem jakąś osłonę przewodów elektrycznych tuż przed startem z czytnikiem chipów…

Kolejne dwa kilometry były bardzo równe – na zegarku miałem 4:15, 4:14/km, ale pod koniec trzeciego kilometra grupa na 1:30:00 zaczęła mnie doganiać, pomimo tego, że powinienem być kilka sekund przed nimi. Jako że biegło mi się dość swobodnie, to postanowiłem troszeczkę przyspieszyć, żeby nie dać się połknąć – w ten sposób czwarty kilometr zrobiłem w 4:09, a potem był zbieg Belwederską, na którym zupełnie luźno puściłem nogi i swobodnie przyspieszyłem, pokonując finalnie piąty kilometr w czasie 3:49. Na skręcie do Łazienek Królewskich zobaczyłem przed sobą Jacka i to jeszcze dodało mi sił – zapytałem się go czy jest ok. i ruszyłem dalej starając się utrzymać swoje tempo, ale żwir i zakręty w parku trochę wszystkich spowolniły – następny kilometr wyszedł w 4:18. Po wybiegnięciu na powiślański asfalt tempo wróciło do normy, a nawet trochę ponad normę, bo kolejne kilometry, aż do dziesiątego poszły średnio w tempie 4:10/km. W międzyczasie na siódmym kilometrze złapałem kubek izotonika, a przed dziesiątym wziąłem swój żel (HIGH5 isogel z kofeiną). To dało mi siłę na spokojne przetrwanie mostu Świętokrzyskiego i wbiegnięcie na Pragę. W tym miejscu zacząłem się zastanawiać, czy może nie biegnę za wolno, ale doświadczenie podpowiadało żebym się jeszcze nie podpalał. Przez kolejne pięć kilometrów tylko jeden kilometr był w tempie 4:16, a pozostałe poniżej 4:10/km. W międzyczasie wyprzedziliśmy się ze dwa razy z Jackiem i ta mała rywalizacja dodawała mi jeszcze więcej woli do dalszej walki. Cały czas czekałem z lekkim niepokojem na kryzys, ale ten, pomimo zbyt szybkiego tempa nie chciał się pojawić. Na piętnastym kilometrze nadal czułem się dobrze. Wiedziałem co prawda, że warunki tego dnia były prawie idealne (nie licząc wiatru), ale bałem się jeszcze przyspieszać, bo wiedziałem, że od siedemnastego kilometra będzie już prawie do końca pod górę. To była chyba dobra decyzja, bo osiemnasty i dziewiętnasty kilometr były zabójcze. Tempo spadło mi co prawda tylko o ok. 10s/km i wyszło odpowiednio 4:18 i 4:20/km, ale straciłem tam dużo sił – kilka kolejnych podbiegów odebrało mi całą ochotę do przyspieszania – miałem wreszcie swój mały kryzys.

Po powrocie na lewy brzeg Wisły starałem się wrócić do wcześniejszego tempa, co nie było proste, ale przyczepiłem się do pleców Jacka, który szedł równo jak struna i pomyślałem, że nie odpuszczę go choćby nie wiem co. Dziewiętnasty kilometr wszedł w 4:16, a na dwudziestym zaczęliśmy przyspieszać – wyszedł średnio w tempie 4:08, co było już katorgą, bo biegliśmy po bruku. Na dwudziestym kilometrze wysunąłem się nawet przed Jacka, ale on miał trochę więcej sił i w połowie ostatniego kilometra znowu był przede mną. Końcówka była ledwo poniżej czterech minut na kilometr – na więcej nie było siły. Wleciałem na metę kilka metrów za Jackiem, ale nie miałem niedosytu – wiedziałem, że zrobiłem sporo więcej niż zakładałem. Na mecie serdecznie podziękowaliśmy sobie za bieg i pogratulowaliśmy wyniku. Ostatecznie okazało się, że zrobiliśmy dokładnie ten sam czas netto 1:28:46.

Byłem padnięty, ale szczęśliwy – doczłapałem się do odbioru medali, potem woda i izotonik i poczłapałem dalej po depozyt. Dopiero w szatni trochę zeszła ze mnie euforia i odczułem ogólne zmęczenie. Zapakowałem rzeczy i ruszyłem zadowolony do domu. Wreszcie, po czterech nieudanych półmaratonach miałem nową życiówkę  – i to poprawioną o cztery minuty, a do tego sam bieg poszedł jak po sznurku – nic mnie nie bolało, nie miałem problemów z mięśniami, a nogi niosły mnie lekko. Dość powiedzieć, że pierwsze dziesięć kilometrów było tylko o 20 sekund wolniejsze od mojej najszybszej „dychy” z zeszłego sezonu, a biegłem przecież z dużą rezerwą na kolejne jedenaście kilometrów. Teraz kilka spokojniejszych dni i szlifuję formę na maratoński koniec kwietnia.

 JEST MOC 🙂

Dodaj komentarz