Mój pierwszy raz…

Kiedy w sierpniu 2009 r. przy piwie na plaży w Jastarni mój przyjaciel Jurek powiedział mi, że słyszał, że w Warszawie ma odbyć się taki bieg uliczny, … chyba na 10km – Biegnij Warszawo, czy jakoś tak… – i zaproponował, żebyśmy się przebiegli, to najpierw pomyślałem, że mu na łeb padło – byliśmy co prawda, w naszej opinii, sportowcami i nadal dość sprawnymi trzydziestoletnimi facetami, ale gdzieś z tyłu głowy czaiła mi się myśl, że 10km to ostatnio biegłem w liceum, a wszystkie uprawiane sporty były bardziej szybkościowo-siłowe niż wytrzymałościowe. Poza tym, mam 190cm wzrostu i prawie 100kg wagi, a w starych dobrych czasach treningów Judo „chodziłem” w wadze do 79kg, więc nie jestem bynajmniej w życiowej formie. Koniec końców fantazja, pobudzona zimnym piwem z sokiem malinowym przeważyła rozsądek i podjęliśmy decyzję – BIEGNIEMY!

Niestety, z raz podjętego zobowiązania, szczególnie podjętego wobec kumpla, a na dodatek w obecności mojej dopiero co poślubionej żony, mimo szczerych chęci, nie dało się tak łatwo zrezygnować i trzeba było zacząć biegać…

Co do zasady mój świat lubię mieć uporządkowany i pod kontrolą, dlatego też pierwsze co zrobiłem po powrocie z wakacji to solidne przeszukanie sieci w celu zebrania informacji o biegowym treningu wytrzymałościowym (właściwie to wtedy chodziło mi głównie o gotowy plan z informacjami o tym, jak często mam biegać, ile kilometrów i w jakim tempie).  W 2009 r. internet był trochę bardziej toporny niż dzisiaj, ale znalazłem miejsce, jak sądziłem,  idealne na moje ówczesne potrzeby. Do Zawodów zostało mniej niż półtora miesiąca, więc bez wahania (i bez refleksji) obciąłem z pobranego planu treningowego początkowe tygodnie i zabrałem się do dzieła.

Znalazłem w szafie moje stare buty do biegania, wciągnąłem moje ulubione (jeszcze starsze) krótkie spodenki oraz bawełnianą koszulkę i uzbrojony dodatkowo w zegarek ze stoperem ruszyłem w głąb Lasu Bielańskiego w Warszawie. Moja pętla miała ok. 1,7km, ale moje trzy treningi w tygodniu nie przekraczały w sumie dwudziestu kilku kilometrów, więc nie narzekałem zbytnio na monotonię, zresztą wtedy nie znałem jeszcze piękna swobodnego biegu, bez wcześniej obranej i ściśle obliczonej (przy pomocy licznika rowerowego) trasy. O treningu nie ma co opowiadać, bo trochę wstyd z dzisiejszej perspektywy, dość powiedzieć, że z dobrych rzeczy to nauczyłem się biegać wolniej i dalej. Wtedy też przebiegłem moje pierwsze 12km ciągiem, co wcześniej z powodu niedostosowanego tempa i braku regularności było dla mnie czymś z pogranicza szeroko pojętej abstrakcji i science fiction.

 Wreszcie nadszedł dzień próby… pobudka, lekkie śniadanie, dojazd, przebiórka, depozyt, rozgrzewka i stanąłem na swoim pierwszym starcie biegu ulicznego. Staliśmy z Jurkiem w środku stawki i szczerzyliśmy się do siebie nerwowo. Chyba żaden z nas nie miał większego pojęcia w co się tak naprawdę pakujemy. Szczęście w nieszczęściu było takie, że jakimś cudem w miarę dobrze oszacowaliśmy swoje siły i „strzeliliśmy” że biegniemy na ok. 50 minut. W takim właśnie tempie ruszyliśmy przed siebie. Jeśli ktoś nigdy nie poruszał się środkiem ulicy w centrum dużego miasta (bez samochodu), to samo to wrażenie jest warte, moim zdaniem, zapłacenia wpisowego za start w dużej imprezie biegowej – niby tylko kilka metrów od chodnika, a świat wygląda zupełnie inaczej, a na dodatek to wrażenie nie ustępuje nawet po kilkudziesięciu startach…

Przez pierwsze kilka kilometrów biegu podziwiałem co się dzieje dookoła i chłonąłem atmosferę biegowego święta. Kryzys przyszedł w okolicach szóstego kilometra. Wszystko mówiło mi, żebym się zatrzymał, albo przynajmniej zwolnił; mój wewnętrzny głos krzyczał:  przecież nie będę zawodnikiem, to miała być przyjemność, nic mnie nie goni, nogi bolą mnie przy każdym kroku, nie mogę nabrać powietrza w płuca, gorąco, jest coraz gorzej. Jak mijałem kościół przy Placu Trzech Krzyży to naprawdę pomyślałem, czy nie wstąpić na chwilę… (to niesamowite co mózg wymyśla, żeby tylko okiełznać całą resztę człowieka). Nie zatrzymałem się tylko z jednego powodu – Jurek nadal biegł. Przez kolejne parę minut miałem gonitwę myśli o tym, że na pewno jest mu łatwiej, że jest trochę niższy, że lżejszy, że może lepiej się przygotował… w końcu zaczęliśmy długi zbieg przed metą – dotarło do mnie, że chyba uda się dobiec – to kolejny fenomen, że w najcięższym momencie biegu, głowa daje sygnał, żeby przyspieszyć. Na jakieś dwieście metrów przed metą Jurek zaczął finiszować, ja ruszyłem za nim, zacisnąłem zęby i skupiłem się tylko na jednym – szybciej przebierać nogami, i jeszcze trochę szybciej i jeszcze szybciej. Metę przebiegłem w czasie (0:51:04), Jurek tuż za mną z tym samym czasem netto – ten finisz wykończył mnie na maksa, chyba tylko zacięcie wyniesione z lat wcześniejszych treningów sztuk walki nie pozwoliło mi odpuścić.

Moja pierwsza myśl gdy zataczałem się w stronę punktu z wodą i wafelkami to: „nigdy więcej nie pobiegnę w biegu ulicznym – to nie dla mnie, nigdy więcej nie zmuszę się do przeżycia takiego bólu i cierpienia”

…potem ktoś założył mi medal na szyję, ktoś inny wcisnął butelkę wody – nie mogłem jej przez chwilę sam odkręcić, ktoś coś do mnie mówił, ale nie wiem kto i co – potem zorientowałem się, że to Jurek coś opowiada (jak zwykle). Zacząłem oddychać trochę spokojniej, dostałem wafelek w polewie czekoladowej – najlepszy jaki w życiu jadłem – i po pierwszym kęsie przyszła druga myśl: „trzeba zacząć przygotowywać się na następny start”.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.